Nie urządzaliśmy większych akcji, gromadziliśmy broń. W 1940 roku pod wiosnę w lasach osieczyńskich pod Szałasami wsłuchiwaliśmy się w leśną bitwę majora „Hubala” z Niemcami. Bitwa trwała dwa dni, a kiedy doszła nas wiadomość, że nie skończyła się klęską hubalczyków, lecz odwrotnie, dużo zginęło Niemców, już wtedy porywało nas, aby iść do lasu i łączyć partyzanckie siły i gnębić wroga. Pamiętam, że w czasie tej bitwy huczały niemieckie działa i biły skoncentrowanym ogniem od Suchedniowa i Szałasów w las. Na zachodnim skłonie zniżały się samoloty i sypały ciężkie bomby na las.

Bardzo żałowałem, że nie miałem kontraktu organizacyjnego z „Hubalem”. Marzyłem sobie: „To niedaleko od nas i gdyby wtedy nam wydzielił część broni ciężkiej maszynowej i lekkiej, z amunicją i granatami, moglibyśmy zrobić nocny wypad, wcale się nie dekonspirując, sprawić Niemcom lanie i na rano wrócić do swoich domów”. W naszej organizacji byli sami bojowi chłopcy i wszyscy szkoleni żołnierze. Prawie w każdym krążyła awanturnicza krew, którą każdy z nas złożyłby na ołtarzu już wtedy cierpiącej ojczyzny.