Idę już sam przez Krajno. Domy stoją w całości. Moje obawy,
że wszystko spalone i wyniszczone przez ostatnią ofensywę bledną. W Świętej
Katarzynie spotykam ze Śniadki Stefana Łukawskiego. Chodził do mojej siostry
i znamy się bliżej. Poznaje mnie, ja jego. Wpadam sobie w ramiona
i ściskamy się serdecznie. Po przywitaniu się pytam, co tam u nas
w Tarczku, w mojej rodzinie.

–Tarczek cały, niespalony, a w rodzinie wszyscy cali
i zdrowi. Byłem tam u was tydzień temu.

Jakże wielką radość sprawia mi dobra wiadomość!

–Ja uczę się w Kielcach – mówił Łukawski – i idę jutro
do szkoły.

Szedłem do domu, jakby przypiął mi skrzydła. Jeszcze 9 km. Do
kościoła idą ludzie, domy ubrane zielenią i tatarakiem, dziś Zielone Świątki.
Jakże mi miłe te Góry Świętokrzyskie, te lasy jodeł, świerków, sosen, dębów, grabów,
buków. Tam w ich cieniu spoczywa mój brat i tylu kolegów, ale nie na darmo,
jest wolność i zwycięstwo. Duma rozpiera mi piersi. Miła satysfakcja, walczyłem
o wolność i jestem zwycięzcą. Pragnąłem Polski i mamy Polskę. I cóż
mi więcej trzeba, kiedy moje pragnienia i życzenia spełniły się? w Bodzentynie
spotykam kilku znajomych, nawet szkolnych kolegów. Znowu uciecha z mojego powrotu,
gorące powitania, że przeżyliśmy wojnę, że się spotykamy. Do Tarczku, do mojego
domu jeszcze trzy kilometry. Idę łąkami. Ta ścieżka przypomina mi lata szkolne.
Tą drogą codziennie chodziłem do szkoły do Bodzentyna przez dwa lata. Jakże jest
mi znajoma każda ścieżka, każda łąka, krzak i zakolami płynąca moja rzeka Psarka.
Już wyszedłem zza wzgórza i oglądam swą wieś rodzinną. Stoi w całości,
nietknięta, nierozdrapana pazurami wojny. Z daleka na polach i łąkach
widzę znajomych, poznaję ich, niektórzy pasą bydło. Jest jeszcze może dwie, trzy
godziny do wieczora. Zdążam w kierunku domu. Jestem już na swojej łące, patrzę
na swój dom. Zabudowania gospodarskie, które z Jasiem budowaliśmy z takim
trudem stoją w całości. Stoję zapatrzony, urzeczony, ucieszony swoim gniazdem
rodzinnym. Jestem rozczulony. Rzucam walizkę i pakunek z pleców, padam
na kolana i całuję ziemię mego ojca, moich dziadów i pradziadów. Jakże
mi droga ta ziemia, ziemia radości i smutków dziecięcych, głodu w ciężkich
chwilach, sytości i szczęścia w chwilach szczęśliwych. Kiedy się podnoszę
i przechodzę kilka kroków przez swoją łąkę witając się z każdym kwiatem,
słyszę:

–Michale! Michałku!

Od rzeki biegną z domu dwie Pustułówny, rówieśniczki moje,
sąsiadki – Ola Zaremba i Regina Dychalska z mężów. Staję jak wryty. To
siostry Gutka Pustuły „Pestki”.
–Michałek wraca! Czy to naprawdę ty?!
–Tak, to ja we własnej osobie. Reniu! Olu! Witam was, kochane sąsiadki!

Przy powitaniu obie wybuchają spazmatycznym płaczem.
–Ty wróciłeś, a nasz Gucio już nigdy nie wróci – obie zanoszą się głośnym bolesnym
płaczem.

Głupi mi jest. Wybucham płaczem, latają mi z żalu szczęki,
dzielę ich smutek przy powitaniu i z goryczą wypowiadam:

–Och, żebym ja był wtedy poległ, a wasz brat powracał, jak ja.
Po cóż wam przypominam tak wielką stratę, ale historii i tego, co się stało
nie odwróci.
–Co Michałku za brednie wypowiadasz? Co się stało już nie wróci.
–On został bohaterem na zawsze, a ja żyję, dlatego jestem małym wobec kolegi Gutka.

Od domu spostrzeżono mnie, zostało podane hasło przez dzieci,
że wracam. Władek Trzustkowski ze Zdziśkiem Pytlem przybiegli skądś od rzeki, dziewięcioletni
chłopcy. Władek nasz domownik i młody konspirator, Zdzichu – syn sąsiada Władysława
Pytla, naszego przyjaciela. Zabrali mi walizkę i pakunek. Kiedy poczęliśmy
iść z Olą Zarembiną i Dychalską Reginą w kierunku domu od domu ruszyła
szarża domowników, sąsiadów i młodzieży z całej wsi.

Był to dzień Zielonych Świątek, 10 czerwca 1945 roku. Miała się
odbyć u nas taneczna zabawa. Regina i Ola mówiły, że teraz codziennie
będą wypatrywać powrotu swoich mężów. Od mojego domu rwał, kto mógł, na przełaj,
na wyścigi na moje przywitanie. Pierwsza przybiegła siostra Marysia ze swoim narzeczonym
Czesławem Kowalskim. Rzuciła mi się w ramiona, gorąco całowała brata

–Michał powrócił! Michał żyje!

Gdy przywitałem się z jej narzeczonym, a moim bliskim kolegą
z BCh, którego zaprzysięgałem do naszych szeregów, już był brat Stefan
z bratową Marysią. Środek łąki był główną areną mego przywitania i powrotu.
Całowałem się z bratem Stefanem szczerze, potem z jego żoną Marysią, a
kiedy ich sześcioletnia córeczka Hania przybiegła do mnie i krzyknęła:

–Ciebie Niemcy nie zabiły, ty żyjesz!, wziąłem ją na ręce
w ramiona i długo, długo całowałem kochanego brzdąca, która też walczyła
z nami. Ostrzegała ojca przed Niemcami w czasie obławy i aresztowania,
i uratowała mu życie. Przybiegła brat Stach z żoną Jasią. To już nie ten
ganiany przez Niemców chudzielec. Wyglądał dobrze, z brzuszkiem po kilku miesiącach
pełnienia władzy Powiatowego Kierownika Urzędu Ziemskiego w Starachowicach.
Chwyciliśmy się mocno, po braterski i u długo, długo – patrząc na siebie, ciesząc
się sobą – całowaliśmy się. Potem przywitałem się z bardzo lubianą w naszej
rodzinie bratową Jasią. Z kolei nadbiegli sąsiedzi, najbliżsi przyjaciele:
Józef Wojteczek ze swoją żoną Wikcią, moją kuzynką, z braćmi Bolkiem, Stachem,
Mietkiem, Felusiem, siostrą Gienią. Czule witałem sąsiadów z lewej strony,
z prawej strony – Gołębskich: Adolfa z żoną Heleną, braćmi Jasiem
i Józkiem, ojcem Tomaszem Gołębskim, siostrami Julią i Anielcią; Lipę
Antka z żoną Jagusią. Potem nadbiegła młodzież, chłopcy, dziewczęta
z naszej wsi. Ze wszystkim witałem się szczerze. Tosiek Jakubowski, Michta,
Wojciechowski i Kołomański podeszli do mnie z kapelą ludową, którą sprowadzili
na dzisiejszą zabawę. Po przywitaniu się ze wszystkimi kapela ludowa przy dźwiękach
akordeonu, kornetu i skrzypiec ucięła raźnego marsza i tak mnie prowadzono
do domu. Na ścieżce przed domem stała moja matka. Biedne matczysko, nie mogła iść
mi na spotkanie. Ze wzruszenia trzęsła się i płakała. Przy dźwiękach marsza
upadłem na klęczki przed nią i ucałowałem jej stopy. To przecież moja matka,
która mnie nauczyła tak kochać rodzinny kraj, wychowała twardo. Dzięki niej nigdy
w życiu nie załamałem się.

–Synu mój! – podniosła mnie z klęczek. – Wróciłeś!
–Tak, wróciłem, mamo!

Całowała mnie, ocierając o moją twarz już nie łzy rozpaczy,
ale szczęścia i radości.

–To chyba już ostatnie twoje łzy, mamo, że wróciłem. Teraz zawsze
będę już z tobą i nigdy nie dam ci krzywdy zrobić.
–Kochany mój synu! Och, kochane moje dziecko!

Poczęła mnie całować i prowadziła w progi ojczystego
mego domu, już na dolę i niedolę, już do śmierci na wsi. Kapela znowu raźno
zagrała marsza. Wszyscy z honorem wprowadzili mnie do domu. Witałem stare kąty
i jakże mi wszystko było miłe bliskie. To dziś dwa lata, jak nas aresztowano
i poszedłem do partyzantki. Po tym wszystkim ruszyła uciech i zabawa,
że wróciłem. Przybiegł zza góry mój bliski kolega Stefan Sitek z rodziną. Była
w domu trzydziestolitrowa bańka spirytusu. Zbiegła się cała wieś. Nie brakło
zakąski, ani smakołyków. Było wielkie wesele, nie tylko mojej rodziny, ale
i całej wsi. Wesele zorganizowane na poczekaniu. W przerwach tańców otaczano
mnie, ja opowiadałem swoje przeżycia, jak wiele razy zaglądała mi śmierć
w oczy tam, w niewoli. Współczuli mi słuchający, a ja sobie myślałem,
jak to dobrze, że ten koszmar wojny już jest poza nami, że chyba już nie wróci,
a my będziemy budować pokój i nową Polskę: ukochaną, silną, potężną, wspaniałą,
piękną. I potem budowałem ją, a jak? – to opowiem innym razem. Wtedy opowiem,
jeżeli, kochany czytelniku i czytelniczko będzie ciekawić i będą Ci się
podobać moje opowiadania partyzanta.