Na dużą rodzinę Niepewnego i często przesiadujących na melinie ludzi były szalone wydatki w rodzinie. Aby jakoś wyjść z impasu, Stanisław Niepewny nieraz ratował sytuację sprzedając drzewo za produkty rolne. Mówił:

–Ponieważ to Niemcy wywożą, niech to biorą Polacy. Mam piękne dęby w zrębie. Janek, Michał przyjedźcie nocą na dwie furmanki, chcę tylko za to metr pszenicy.

Ponieważ w domu nie mieliśmy mebli, a on był w biedzie, zmówiliśmy jeszcze Władysława Kowalskiego i pojechaliśmy na dwie furmanki. Dęby były naprawdę piękne i władne. Przygotowany, zagotowiony materiał i pomyślne przywiezienie go nocą posmakowało nam. Następnego wieczoru i nocy znowu zrobiliśmy taki kurs. Około dwóch metrów kubicznych posiadał każdy z nas. Kowalski swoje dęby zakopał pod szopą i mówił, że wyciągnie dopiero po wojnie, a my myśleliśmy je przetrzeć ręcznie na deski z bratem Jasiem. Trzeba nadmienić, że mieliśmy nadzwyczajny spryt do traczki, ręcznej piły. Klocek, czasem 1 festmeter, spadał do południa ze stołków. My swoje dęby ukryliśmy w pryzmie gnoju wywiezionego zimą na pole pod ziemniaki. Zdarzyło się tak, że była obława Niemców na wieś – za junakami na roboty do Niemiec. Każdy ze wsi wiał, gdzie mógł i jak tylko mógł. W tej pryzmie gnoju, gdzie schowane były nasze dęby, skrył się Władysław Gałek. Miał z nami porachunki osobiste i postanowił się na nas pomścić. Kiedy skończyła się obława, drugiego dnia, udał się do vorschutzów kwaterujących w Bodzentynie u Kudlińskiego i naskarżył, że skradzione dęby są schowane za górą w nawozie, w polu. Przyjechali vorschutze i z miejsca nas z bratem aresztowali. Poprowadzili nas za górę i pokazali nam nasze dęby. Przerażenie nasze było bardzo duże, połączone ze zdziwieniem. Kiedy wracaliśmy zza góry, w okopie, w polu znaleźli ok. 1, 5 festmetra sosny. Byli by nas dostarczyli do obozu zagłady, gdyby nie byli wszyscy opoje. Kiedy dowiedział się o tym Pytel Stanisław, co się u nas stało, już przygotował parę litrów kontygentówki i wędliny. Tak jeden przyjaciel ratuje drugiego przyjaciela. Kiedy wróciliśmy zza góry, już czekał na nas w mieszkaniu. Wyszedł do Niemców, pokłonił im się, oni poczęli się śmiać do niego. Byli sobie już znajomi, bo z onemi vorschutzami już Pytel załatwiał płatwy na stodołę. Mnie kazali zostać w domu, żebym nigdzie nie uciekał, ale młodszego brata chcieli wziąć na zakładnika. Stach powiedział tylko do mnie:

–Nie martw się Michał, ja ich spoję jak świnie i wszystko będzie dobrze.

Odwiózł ich dopiero drugiego dnia, a nam na dęby i sosnę wydali asygnaty. Zawieźliśmy na tartak do Szumielewicza, gdzie za darmo zostały pocięte i bez większego kłopotu były deski. Zamiast zemsty pan Gałek zrobił nam bardzo dobrze i tylko było trochę strachu. Byłem bardzo wdzięczny Stachowi, że czterech vorschutzów dobrze napasł wódką. Można było im zabrać broń i posłać na łono Abrahama, ale jak ktoś nie robi krzywdy a dobrze, to i Niemca trzeba uszanować. Również, jeżeli taki Gałek nie zawahał się skarżyć nas do vorschutzów, gdyby z nimi się było coś stało, chyba nie zawahałby się skarżyć do niemieckiej żandarmerii. Nic się nie stało i nie żądałem dużego wyroku dla Gałków. Dostali tylko ustne upomnienie od partyzantów i za to dokonano rekwizycji prowiantowej. Bo było dopuszczalne prawo wychowawcze, że kto szedł i skarżył drugiego do Niemców, otrzymywał baty, a przy tej akcji coś mu z żywności rekwirowano, nie rzadko też dostał w czapę.