Następnym wydarzeniem była zorganizowana wyprawa do liegenschaftu Łomno w celu ujęcia administratora tego liegenschaftu Niemca Këllera, gestapowca osadzonego tam w celu wywiadowczym – ścigania ruchu oporu i organizacji podziemnej w naszej okolicy. Mówił świetnie po polsku, z dobrym akcentem. Umiał za pomocą libacji przy kieliszku, podarunków i różnych dobroczynności zjednać sobie ludzi. Był bardzo niebezpieczny. Zanim konspiracyjny wywiad BCh wpadł na trop, zginęło kilku ludzi. Swoim zastępcą administratora zrobił Witkowskiego, który był w stopniu starszego podchorążego i pełnił funkcję dowódcy kompanii BCh w Batalionie Świętokrzyskim. Pili obaj wódkę i przyjaźnili się. Wiadomość, która była prawdziwa, spowodowała popłoch w szeregach podziemnych BCh. Mój brat Stanisław ps. „Małuja” był dowódcą tego batalionu i pełnił funkcję komendanta rejonu. Komendantem obwodu AK Starachowice był „Rawicz”, który z nami współpracował. Ponaglające ich meldunki o niebezpiecznych zdrajcach przyspieszyły wyprawę. Do wyprawy znowu nie doszło, bo łącznicy wieczorem przynieśli wiadomość, że jutro obława Niemców na Wykus. Komendant „Ponury” ze wszystkim zgrupowaniami w dniu 18 lipca 1943 wieczorem pomaszerował w lasy iłżeckie. Ponieważ nasz pluton ochronny radiostacji był niezależny, ppor. „Jacek” postanowił zostać na Wykusie. Do dnia wyszły nasze patrole i wczesnym rankiem wróciły z meldunkami, że Niemcy otaczają lasy. Zwinęliśmy szybko obóz i wyciągniętym marszem przeszliśmy na drugą stronę gościńca wychockiego. Pomaszerowaliśmy jeszcze ze dwa kilometry lasem. Zatrzymaliśmy się w gęstej jedlinie, skąd z gąszczy było dobre pole widzenia wokoło, a w kępach gąszczu byliśmy niewidoczni. Wysunięte trzy czujki przez inspektora miały czuwać, żeby też były niewidoczne. W razie trafienia lub wykrycia ich miały ostrzeliwać się i uciekać w innym kierunku od naszego miejsca postoju. Nie strzelać, choćby Niemcy byli blisko nas, z wyjątkiem wykrycia nas, gdzie podjęliśmy, że uderzymy i będziemy się przebijać, wyślizgiwać lub cokolwiek zdarzyć się może, z wyjątkiem poddania się. Po schowaniu zbędnych rzeczy, po zamaskowaniu i zatarciu śladów czekaliśmy, co nas trafi. Samopoczucie i humor jakoś nas się trzymały, a na głośniejsze śmiechy czy wykrzykniki inspektor zwracał uwagę, ale sam się śmiał i był zadowolony, że nie robimy sobie nic z obławy. Przyczyną naszej rycerskości były dwie dziewczyny przyjęte do oddziału na pewien czas, siostry strzelca „Igiełki”, pseudonimów już nie pamiętam. Pamiętam tylko, że były to urocze dziewczyny w wieku 18 lat. Gruchał koło nich plut. „Kruk”, „Rom” i „Krzych”. Były dwa tygodnie w oddziale. Dokuczały im chyba wszy, ruszały ramionami. Chcąc się ich wyzbyć, odeszły kilka kroków w krzaki. Nie zauważyły mnie, bo ukryty byłem pod krzakiem jedliny i miałem właśnie napisać wiersz, skoro nie słychać nadciągającej obławy. Gdy rozebrały się do naga i zaczęły solidne polowanie, przyjrzałem się im z bliska. Cała uwaga ich była poświęcona dokuczliwym insektom. Wyglądały jak dwie urocze nimfy. Wolałbym wtedy być malarzem, niż poetą. Cudny obraz. Siedziałem cicho, aby nie narobić im wstydu, aż ubrały się i wróciły do naszych chłopców. Insp. „Jacek” kontrolował wysunięte czujki i sam z „Andrzejem” wysunął się na patrol do gościńca. Z niedużej odległości zauważyli myszkujących Niemców. Celem ich obławy był Wykus i miejsca zajmowane przez obóz „Ponurego”. Otoczyli kordonem miejsca obozów, ale już tam nie było nikogo naszych. Spalili wszystkie szałasy,. Zabrali chłopskie pasące się krowy, mówiąc, że to krowy partyzantów. Brało w tej obławie udział ok. 300 Niemców, żandarmeria i SS. Gdyby tak trafili na nas, było nas 30, to na każdego wypadła by 10 Niemców. Coś nie coś nierówne siły. W czasie przeszukiwania puszczali serie pocisków w gąszcz i rzucali granaty. Wrócił dobrze po południu nasz dowódca i pocieszył nas, że nic nam nie grozi. Wysłany „Wacek” z „Wickiem” wrócili i zameldowali, że Niemcy już odeszli. Tak się zakończyła pierwsza obława w dniu 19 lipca 1943 r. Nad wieczorem cały nasz oddział ruszył na nowe miejsce postoju, upatrzone przez plut. „Kruka” i „Andrzeja”. Maszerowaliśmy wieczorem, aż zatrzymaliśmy się w jakimś masywie leśnym. Był śliczny, księżycowy wieczór. Na dole po kamieniach szemrała rzeka Lubianka. My zatrzymaliśmy się na wzgórzu pomiędzy zwałami drzew. Rozwinęliśmy koce i różne okrycia z rozkazu inspektora. Szukając miejsc do spania, poczęliśmy układać się do snu. Nie wolno było rozpalać ognisk. Podzielono między nas po kawałku chleba i słoniny. Po posiłku każdy ułożył się w ciszy do spania. Przed tym już plut. „Kruk” rozstawił czujki i warty. Czuliśmy się bezpiecznie. Byliśmy pewni, że nikt nie wie o nas. Wkrótce było tylko słychać oddechy śpiących. Ja długo nie mogłem zasnąć. Zapatrzony w pogodne, gwieździste niebo myślałem, co tam w domu. W myślach snuły się ostatnie przeżycia. Myślałem o matce, braciach, bratowych, siostrze, rodzinie, śmierci „Alfreda” i „Bartka”, o walce w Michniowie, o dzisiejszej obławie, aż ukołysany szumem lasu, tak błogim, że usypiając widziałem twarz matki pooraną bruzdami zmartwień i udręki, pochyloną nad moją leśną kołyską, wreszcie zasnąłem. Śnił mi się matka, której musiałem tłumaczyć, że ojczyznę muszę kochać bardziej niż ją, matkę. Obudził mnie brzask wschodzącego słońca, śpiew i świergot leśnych ptaków. Był piękny lipcowy dzień. Uświadomiłem sobie, że dziś jest niedziela. Kiedy wróci taki czas, że niedzielę będzie można spędzić przyjemnie? Nie wcześniej, lecz wtedy, gdy zerwiemy gnębiące kajdany niewoli, lub gdy polegniemy i innym utorujemy drogę do życia i wolności. Jeszcze wtedy rachubę czasu miałem w pamięci, bo później akcje, walki, obławy, zasadzki całkowicie wymazały mi z pamięci, jaki to jest dzień. Nie pytałem nikogo, czy to środa, czy piątek. Było mi wszystko jedno. Pragnąłem tylko walki z najeźdźcą, pomsty za krzywdy i bestialstwa hitlerowców. Gdy nie postrzelało się z Niemcami, gdy się nie dokonało jakiejś akcji, nie było apetytu do jedzenia, a sen nie zamykał powiek. Jedyną pożywką to była walka z wrogiem. Moje rozmyślania przerwał „Longin”, służbowy oddziału, który widząc mnie siedzącego rzekł:

–„Mściciel” pójdziecie zmienić „Rysia” na warcie.
–Rozkaz! – rzekłem.

Nie potrzebowałem się ubierać, bo każdy spał ubrany, z bronią koło siebie. Podniosłem się, zarzuciłem kabeka „Marcela” na ramię i poszedłem za „Longinem”. Nie bardzo daleko stała nasza czujka obserwująca drogę od Starachowic. Zmieniłem „Rysia”. Stanąłem na warcie. Kiedy słońce wyszło ponad las, ożyło życie w lesie. Szli ludzie na jagody, pędzono bydło na wypas. Niektórzy wyszli na mnie i zmuszony byłem ich legitymować. Trafiały na moją czujkę i ładne dziewczyny. Były przeważnie z Krzyżowej Woli, czasem ze Starachowic. Wymieniałem kilka zdań, starając się jak najgrzeczniej im wytłumaczyć, aby trzymały język za zębami i co widziały zachowały dla siebie, bo my nie wiemy w jakim celu przychodzą ludzie do lasu i musimy mieć ich nazwiska. W razie nie utrzymania tajemnicy może ich spotkać kara. Za blisko stał obóz od Krzyżowej Woli i wiedziałem, że tu długo nie będziemy biwakować. Na dzień, czy dwa przed obławą łączniczka Emilia przyprowadziła do oddziału dwóch naszych kolegów. Byli nimi „Skała” i „Paw” i „Olek” Walenty Ziach. „Paw” był to dziewiętnastoletni chłopiec, wysoki, atletycznej budowy, a „Skała” średniego wzrostu, też w tym wieku. Zostali umundurowani. „Skała” chodził w czapce gajowego. Był zgrabny i lekki, i nadzwyczaj skory do tańca. Przeważnie Józek sprawował obozowego muzykanta. Na grzebieniu, czy listku wygrywał ludowe melodie jak oberki, polki, walczyki. Nasz „Skała” był zamiłowany przeważnie do polki. Kiedy tylko został zagrana na grzebieniu polka, „Skała” – ujmując się w bok jedną ręką, a drugą podniósł do góry – puszczał się w pląsy. Po powrocie z warty natrafiłem właśnie na taką scenę. Roześmiane i rozweselone twarze moich kolegów patrzyły na popisowy taniec polki „Skały”. Nie robiono szałasów. Miejsce jako teren obozowy miało najlepsze walory, tj. Zwały drzew, skarpy wywalonych drzew z korzeniami, duże leje, urwisty brzeg rzeki. Bez okopów można by było tu przyjąć walkę z Niemcami, gdyby nas była większa siła.

Nad wieczorem wyruszyła wyprawa pod dowództwem „Kruka”. Miejscem wyprawy były Kobiałki i Rzepin. Chodziło przeważnie o zdobycie żywności. Pieniędzy na utrzymanie oddziału nie otrzymaliśmy, dozwolono konfiskaty w spółdzielni niemieckich artykułów żywnościowych. W dwóch spółdzielniach skonfiskowaliśmy jajka i cukier, z drugiego końca Rzepina wzięliśmy dwie furmanki, z jakiegoś po drodze liegenschaftu zabraliśmy barana i trzy owce. Było nas ośmiu. „Andrzej” z „Romem” Pałysiewicze nakłaniali „Kruka”, żeby koniecznie odwiedzić ich wuja w Kobiałkach. Po podjechaniu pod ich dom nocą, po zapukaniu do okna przez Andrzeja i porozumieniu się, otworzono nam drzwi. Weszliśmy do środka. Po zastawieniu okien kocami, zapalono światło. Weszło nas sześciu, dwóch zostało przy wozach. Ciotka Pałysiewiczów roznieciła przygasły ogień. Przyjęli nas bardzo gościnnie. Współczując nam, ze łzami w oczach przyglądali się naszym wymizerowanym i bladym twarzom. Jak miło jest, gdy ktoś współczuje. Jedliśmy gorącą jajecznicę, mieliśmy po kawałku chleba, który był rzadkością w lesie, no i było po kieliszku wódki. Ja z „Wackiem” zmieniliśmy przy wozach „Zdzicha” i „Bogdana”. Nie długo trwały odwiedziny. „Kruk” przynaglał. Najbardziej złościł nas pomysł „Andrzeja”. Uprosił wuja, aby podarował mu psa. Wierne psisko, przyzwyczajone do gospodarzy i domu, rzucało się, gryzło, aż „Andrzej” musiał wpakować go w worek. Jego zamiarem było wytresowanie psa. Pies w partyzantce daje nieocenione usługi, ale musi być do kogoś przywiązany. Droga powrotna do lasu była długa z przyczyny tego psa, bo się płoszyły na wozie owce, rozwiązywały się i o mało nie uciekły. Wracaliśmy przez wieś Rzepin, która długa jest 7 km, już w biały dzień. Ruch był na wsi, bo wcześniej ludzie wstawali do żniwa. Przejeżdżając główną autostradą od Starachowic, biegnącą przez Rudki, Słupię Nową, Bieliny do Kielc, mieliśmy szczęście, że w tym czasie było pusto na drodze. Pewność siebie też coś znaczyła w oczach ludzi. Kiedy wjechaliśmy w las, czuliśmy się już bezpiecznie. Na leśnym dukcie czekał łącznik oddziału, który powiadomił „Kruka”, żebyśmy jechali za nim, bo obóz znajduje się w innym miejscu. Po ujechaniu może kilku kilometrów lasem „Kruk” zatrzymał obie furmanki i wszystko kazał nam składać na ziemię. Przywieziony prowiant zapewniał wyżywienie oddziału co najmniej na tydzień. Zjawili się nasi chłopcy. Przez zarośla zabierali prowiant. Inni poprowadzili owce. „Paw” przeklinał barana, który się uparł i nie chciał iść. „Andrzej” prowadził swojego psa, który z podkulonym ogonem nie chciał zostać jego ulubieńcem. Wył później w obozie a trzeciej nocy przegryzł obroże i uciekł do domu. Po rozładowaniu wozów ja z „Bogdanem” odprowadziliśmy furmanki. Zajechaliśmy do pierwszych domów Rzepina, zobowiązaliśmy dwóch gospodarzy, podaliśmy adres właścicieli koni. Dwóch furmanów wzięło od nas konie i przyrzekło, że wozy będą wkrótce u właścicieli. Byliśmy pewni, że wozy i konie wrócą na swoje miejsce. Po powrocie zameldowaliśmy o wykonaniu rozkazu. Oddział został ulokowany na Wykusie, pomiędzy drogą kleszczyńską a rzeką Lubianką, pod ogromnymi bukami. Tutaj w tym miejscu długo staliśmy bo od 20 lipca do 10 września 1943 r. Z tego miejsca wyruszaliśmy na wiele akcji, które były symptonimem walki z okupantem. Drugiego dnia przybyła łączniczka „Emilia” i przyprowadziła „Walka”, który teraz przybrał pseudonim „Szatan”. Opowiadał o różnych akcjach w Kielcach, nieudanym zamachu na Witka, a najwięcej smuciła nas akcja dywersyjna na Sitkówce w której zginął jego brat a nasz kolega „Jur”. Postanowiliśmy go pomścić.

Huknęły strzały, byli o czterdzieści kroków…
Chłopcy znikli na linii wśród dymu obłoków.
Kilku Niemców się rzuca jak na lądzie ryby.
Nasi się poruszyli – cofnęli się niby –
Z powrotem się lokują na swe stanowiska,
By Niemcy podciągnęli, najlepiej bić z bliska!
I podciąga nam zdobyć bliziutko, bliziutko…
Dech zapiera, a serce łomoce cichutko.
Każdy wsłuchany w ich gwałtowne strzały,
Które żadnych wyników jednak nie dawały.
Teraz tam oglądają zabitych kolegów.
Wtem maszynki gruchnęły od naszych szeregów,
Biją znów pistolety, biją erkaemy,
Słychać rytmiczne, długo grota cekaemy.
Każdy bije pospiesznie niosąc śmierć Szwabowi,
I na cel chwyta chwyta chciwie, każdy ruch ich łowi,
Któryś za brzuch się trzyma – ucieka bez broni,
W ślad za nim celny pocisk partyzanta goni.
Hej, wy zwycięzcy świata, po co uciekacie?
Chcieliście partyzantów, to ich przecież macie!

Fragment