Życie partyzanckie pod dowództwem kpt. „Ponurego” nabierało tempa. Akcje w oddziałach przynosiły coraz nowe wydarzenia. Jeden chciał być lepszy od drugiego. Dwunastego lipca pełniłem funkcję łącznika przy dowództwie Ponurego. Łącznik obejmował służbę od godziny 12 i pełnił ją do godziny 12 drugiego dnia. Zadaniem było zaalarmowanie swojego oddziału natychmiast lub przekazanie rozkazu od dowództwa, jeśli zaszła taka potrzeba. Stałem na warcie przed namiotem dowództwa. Była godzina może czwarta, może piąta rano, kiedy zauważyłem biegnącego mężczyznę w kierunku mnie. Był w bieliźnie i boso. Z początku pomyślałem: – Skąd wyskoczył ten wariat. Biegnącego zatrzymałem. Był bez broni, nie groźny i krzyczał, że z meldunkiem do komendanta „Ponurego”.

–Podejdź bliżej.

Gdy podszedł, powiedział:

–Jestem łącznik Leoś z Michniowa. Chyba tam mordują ludzi. Wymknąłem się, gdy tylko nadjechali, ale gdy byłem na wzgórzu już tam palili zabudowania. Był zziajany, ledwie trzymał się na nogach. Podałem mu ramię i weszliśmy do namiotu komendanta. „Ponury już siedział na swoim polowym łóżku.
–Leoś – krzyknął. – Co się stało?
–Niemcy, panie komendancie! Otoczyli Michniów, palą, mordują! Panie komendancie, ratujcie ich, ratujcie! – zachwiał się, pociągnął mnie i o mało nie upadliśmy.

Zebrałem siły i posadziłem go na łóżku komendanta. Zerwał się por. „Nurt” na równe nogi, z rozczochraną czupryną i krzyknął:

–O kej! Sukinsyny!

Poderwał się i adiutant „Ponurego” ppor. „Leszek” Popiel.

–Alarm oddziałów! Natychmiast ogłaszam alarm oddziałów! – krzyknął komendant „Ponury”.

Hasło alarm biegło błyskawicznie po oddziałach i szałasach. Ja biegłem do swojego oddziału, ile tylko sił w nogach i tchu w piersiach. Nasz obóz zawsze był oddalony od innych zgrupowań półtora kilometra, ale wkrótce byłem na miejscu. Przekazałem rozkaz alarmu i natychmiastowej zbiórki przy dowództwie w pełnym oporządzeniu.

–To już drugi alarm dziś – mówił „Wacek” – w nocy służbowy urządził alarm, bo przyprowadzili ochotników do armii niemieckiej i kazano im krzyczeć: <My ochotnicy armii niemieckiej idziemy na śmierć!> Złapano ich w Dąbrowie. Dowódcą tego patrolu był „Kozak” od „Osta”.
–Słyszałem o tym – odpowiedziałem „Wackowi” – a dlaczego alarm?
–Bo myśleliśmy, że faktycznie nadciągają Niemcy i pan inspektor zarządził alarm.

Smutno mi się zrobiło, że z moich stron, jak wspomniałem, do tego namówił ich Dąbek i słyszałem, że dla przykładu mają być rozłupani. Jakże inaczej mógłby być sądzony czyn zdrady i hańby narodowej, co dotychczas chyba nigdzie żaden Polak nie popełnił. Kiedy szybko wszyscy stanęli na zbiórkę i leśną drożyną dochodziliśmy do placu alarmowego przy dowództwie, usłyszeliśmy kilka strzałów. Stojąc na zbiórce dowiedzieliśmy się od chłopców „Grota”, że to zostali rozstrzelani ochotnicy do armii niemieckiej. Nawet mówiono, że dwóch miało być z Dąbrowy Poduchownej, a dwóch z Tarczku. Nasz oddział stanął w pełnym składzie. Został tylko w obozie radiotelegrafista „Stanisław”, sierż. „Zięba”, kpr. „Stefan” i dwóch żołnierzy. W asyście dowódców oddziałów przed kolumną stojącą na zbiórce ok. 200 partyzantów stanął komendant „Ponury” i powiedział:

–Żołnierze Związku Odwetu wypadła nam rola iść z pomocą naszym ludziom w Michniowie. Jaka nie byłaby walka musimy iść z poświęceniem i pokazać podłym katom naszego narodu polskiego, że za krew muszą płacić krwią. Na honor polskiego żołnierza bandytom germańskim musimy za krzywdy zapłacić. Przestrzegając rozkazów w marszu i w walce waszych dowódców, z godnością wykonujcie powierzone wam zadania. Po tych słowach rozległy się komendy. Oddziały dwójkami, jeden za drugim, tworząc długi wąż leśnych żołnierzy, ruszyły wyciągniętym marszem. Ja maszerowałem z „Zygmuntem” a później ze „Zdzichem”. Nasz oddział szedł ostatni, przed nami oddział „Grota”. Na przewodników poszli bracia gajowych jak Stefan i Lutek Krogulec. Znali każdy krzak w lesie. Nie trzymaliśmy się dróg, tylko na przełaj, aby prędzej dojść do Michniowa. Po drodze spotykaliśmy ludzi pracujących na leśnych łąkach przy sianokosach. Choć my dobrze w marszu wyciągali nogi, ale od Wykusu w lasach siekierzyńskich do Michniowa było ok. 20 km, w największym wytężeniu po leśnych wertepach od czterech godzin marszu. Kiedy doszliśmy do Michniowa, było około 12 w południe. Idąc brzegiem lasu wzdłuż wsi zalatywał nas swąd spalenizny i smrodliwy zapach spalonego mięsa. Nie było słychać strzałów dokonywanej egzekucji. Nie było czasu do namysłu. Urządziliśmy zasadzkę na Niemców na szosie biegnącej do Suchedniowa, kiedy po egzekucji będą wracać z Michniowa. Szybko zostali rozstawieni ludzie i każdy otrzymał swoje zadanie. Przydzielono mi sekcję i moim zadaniem było obrzucić szósty samochód granatami, po wybuchu rzucić się na załogę, jadących żandarmów i nie puścić ani jednego żywego. Kto się wcześniej uprzątnie, pomoże drugim. Każda sekcja miała wydzielony samochód, tak że powracający Niemcy mieli być zaatakowani równocześnie. Po naradzie i wyznaczeniu zadań, pobiegliśmy biegiem na wyznaczone stanowiska. Zamaskowaliśmy się jak najlepiej za małym wzniesieniem na powracające z Niemcami samochody. Na twarzach leżących koło mnie pięciu kolegów malował się jakiś wyraz zawziętości i chęci zemsty. Dotarła już do nas wiadomość o okropnym bestialstwie. Setkami ludzi w ogniu popalili. Bądźcie przeklęci, nie będziecie żyli. Ale szczęście dopisało Niemcom, po dokonaniu egzekucji i spaleniu żywcem w stodołach Michniowa 98 mężczyzn. Za chwilę dotarła wiadomość, że żandarmów już nie ma w Michniowie, odjechali może przed dziesięcioma minutami. Odwołano nas ze stanowisk. Poszliśmy w głąb lasu. Po kilku, po cywilnemu, pod zasłoną palących się jeszcze lub dopalających zabudowań podchodziliśmy i oglądaliśmy okropne okrucieństwo hitlerowców. Ludzie w zamkniętych stodołach zostali popaleni i upieczeni na szynki. Nie było rąk, ani nóg, tylko sam tułów o czerwonej barwie. Kto wyrwał się i chciał uciekać z palącej się stodoły, został zastrzelony. Było kilka ciał z dala, na których nawet nie zajęła się odzież. Zadecydowano, że zbrodnia w Michniowie musi być pomszczona. Por. Nur z kom. Ponurym postanowili zaczekać i nocą wykoleić lub wykończyć pospieszny pociąg jadący do Krakowa z Warszawy, który zawsze jest przeładowany hitlerowcami. Wkrótce ściągnięto łączników kolejarzy, omawiano akcje w dowództwie. My, najadłszy się jagód, cierpliwie czekaliśmy nocy. Większość spała. W nocy zarządzono zbiórkę. Ruszyliśmy, jak spalonych duchy przez zgliszcza i zwęglone trupy do posterunku blokowego Podłazie (między Berezowem a Łączną, na linii kolejowej Kielce – Skarżysko). Nadbiegający pociąg od Łączny zatrzymano semaforem. Dźwigany zawsze przez „Wacka” nasz pepanc przydał się. Jego pocisk przedziurawił i rozerwał kocioł lokomotywy. Po zatrzymaniu się pociągu, gruchnęła broń maszynowa, posypały się kule na wagony przeznaczone dla Niemców. Z niemieckich wagonów posypały się serie broni maszynowej, tworząc dogodny cel dla nas. Wszystkie wagony przeznaczone dla Niemców zaświeciły ogniem, ale nasze stanowisk i nasza broń miały lepszą wymowę. Odległość do zatrzymanego pociągu była nie większa jak 20 metrów. Około 20 erkaemów, 1 ckem, ok. 100 kabeków, epiki i steny z naszej strony waliły w ogniska niemieckich obstrzałów. „Kruk” z erkaemem zajął stanowisko po drugiej stronie pociągu i gasił wyskakujących na drugą stronę Niemców. Był i drugi erkaem, po drugiej stronie. Nie wiem czyj. Z plut. „Krukiem” był insp. „Jacek”. Gdyby nie jego kierownictwo i zmiana stanowisk erkaemiści, byliby pobici przez Niemców. Widziałem ppor. „Jacka” i komendanta „Ponurego” jak doglądali akcji. Nie zważali na kule. Ja byłem na prawym skrzydle zasadzki i miałem zadanie z innymi, po przerwaniu ognia, pod dowództwem por. „Kruka” do zdobywania wagonów. Z każdego oddziału wyznaczono po sześciu ludzi. Od nas wyznaczono mnie, „Krzycha”, „Wicka, „Tadka”, „Zdzicha” i „Bogdana”. W czasie ostrzeliwania pociągu celowałem w ogniska niemieckich strzałów. Leżący koło mnie „Bogdan” wołał w przerwach strzałów do mnie:

–„Mściciel”, słyszysz jak śpiewają?

Faktycznie był to zgiełk bitwy. Niemcy w przerwach błagali o litość, słychać było krzyki rannych, jęki konających: <–Oh lieber Gott!>, <–Oh meine Mutter!>. i „Bogdan” to nazywał śpiewaniem. Przebiegający pomiędzy nami por. „Czarka” został trafiony serią niemieckiego empika. Zachwiał się i padł między nas. „Zygmunt”, sanitariusz oddziału z doktorem „Zanem” z dowództwa udzielili mu pomocy sanitarnej. Wkrótce powstała przerwa ogniowa. Ktoś z dowództwa zaproponował przerwanie ognia a Niemcom wyjście z wagonów i złożenie broni, jeśli kto cały został i chce żyć. Niemcy chwilę naradzali się. Tymczasem donośny głos z pociągu krzyczał po polsku:

–Panowie, nie strzelać, bo w tych przedziałach Polacy!
–Tu Polacy, nie strzelać! – krzyczał inny głos.
–Polacy! – krzyknąłem i zakomenderowałem cywilami – wychodzić na prawą stronę. Opuszczać pociąg do tego wąwozu.

Pobiegłem do wyskakujących ludzi. Kilku za mną pilnować, aby z cywilami nie mieszali się Niemcy. Zaraz na wstępie został wykopany przez kilku cywilów jeden Niemiec, z grupy ludzi wprost na mnie. Kiedy mnie zobaczył, zamierzył uciekać, ale jego zamiar zgasiłem dwoma strzałami z siódemki. Potoczył się z nasypu.

Co tak dziwnie las ten zaszumiał i smutnie
Zawodzi, to znów nutę pogrzebową utnie ?
A bo ten las usłyszał i leśne chłopaki
– Germański mord w Michniowie. – Ruszają się krzaki,
Stawa polski żołnierz na rozkazy,
Opatrując broń swą kilka razy,
Od ust do ust idą ciche słowa
– To idziemy na odwet Michniowa.
Już inspektor przejrzał swą drużynę
Dał kierunek przez leśną drożynę.
Maszerujemy z głową zadartą do góry.
Do walk nas powiedzie komendant Ponury.
Nasz kochany komendant,
On by nie chciał może,
By śmierć zwiedziła te leśne szeregi,
Lecz wrogowi trza stawić mordercze zabiegi.
Z każdej twarzy bije wyraz zaciętości,
Każdy zaciska karabin ze złości.
Przygotowanie – i już wyruszamy,
Popalonych w Michniowie osobiście znamy…

Padniecie wy zbiry przed nami,
Bo z gruzów wzniesiony wasz gmach.
Zwycięstwo jest pewne przed nami,
A dla nas zagłada i strach.

1973