Rwałem się do domu. Od Kluczborka już chodziły pociągi. Do stacji kolejowej było około 6 km. Wyrywaliśmy się co dnia do odjazdu, ale wstrzymywał nas Gołębiowski. Pomagaliśmy im ze Stachem zrobić porządki w obejściu gospodarskim. Gołębiowski namawiał mnie, abym został, abym brał połowę tego 60–hektarowego gospodarstwa. Odpowiadałem, że zobaczę, co w domu i że jak będzie kto z braci, albo siostra na gospodarstwie, to powrócę. Było to już w drugiej połowie czerwca, kiedy ze Stachem postanowiliśmy wracać do domu. Zbliżały się Zielone Światki 1945 roku. Spakowaliśmy osobiste rzeczy do walizek, było tego naszego majątku dosyć dużo. Ubrania, bieliznę, buty zapakowaliśmy do worków, mocując do worków paski. Te worki wyglądały jak turystyczne plecaki. Ale wszystkiego nie mogłem zabrać. Około 80 kg twardej skóry podeszwowej ukryłem u Gołębiowskich w ogromnej beczce na strychu i przykryłem różnymi gratami. Z tej skóry nic nie skorzystałem, zabrano mi ją, kiedy pojechałem tam drugim razem. Kiedy byliśmy gotowi do podróży, pożegnaliśmy gospodarzy. Serdecznie żegnaliśmy się ze wszystkimi, dziękując za wszystko. Do stacji kolejowej w Kluczborku doszliśmy około dziesiątej. Po południu mieliśmy pociąg na Opole a później dalej.

Nie była to podróż normalna. Warto opisać, jak to początkowo wyglądała komunikacja. Ogromne rzesze ludzi, wywiezione w czasie wojny do Niemiec, chciały wracać do swoich rodzin. Jakże odmienne były ich koleje losu. Jedni byli łapani w łapankach ulicznych, inni aresztowani i w czasie ewakuacji uciekli z obozów, innych przymusowo wywieziono na roboty do Niemiec. Jakże wielu ludzi zginęło w odmęcie wojny, a teraz wracało, chciało pocieszyć strapionych, zobaczyć swoje strony po burzy wojennej, razem z żyjącymi zapłakać albo się cieszyć, pokazać, że żyją. I ja z tym wracałem. Nikt nie przypuszczał, że po aresztowaniu Niemcy zostawią mnie przy życiu. Kolejarze nie brali za bilety i za przewóz tych ludzi. Każdy podróżował za darmo, ale jak?! My ze Stachem w Kluczborku siedliśmy do przepełnionego pociągu osobowego. Siedzieliśmy na korytarzu na workach. Dalej na przystankach oblepione zostały ludźmi stopnie wagonów i dachy. Chciano nas wyrzucić ze Stachem na stopnie albo na dach, ale mieliśmy na tyle siły, że daliśmy radę utrzymać się na zajętej pozycji. Pociąg się nieraz tak wlókł, że na piechotę było by prędzej. Co trochę przystawał. Jeszcze nie dojechaliśmy do Opola, gdzieś pod Opolem o 2 w nocy zatrzymano pociąg. Został otoczony przez rosyjskie i polskie wojsko, milicję i UB. Przeprowadzono szczegółową rewizję. My ze Stachem, choć nie spodziewaliśmy się żadnych rekwizycji, jednak nawialiśmy z kordonu rewizji. Każdy był już tak wystraszony wojną, że uniknięcie czegokolwiek zdawało się najlepszym wyjściem. Poszliśmy za jakimiś, chyba, szabrownikami, którzy przekupili milicję, lub to byli ich kumple. Szliśmy tak nocą ze sześć kilometrów. O wschodzie słońca zmieszaliśmy się z tłumem ludzi oczekujących na jakiś pociąg w Opolu. Kłóciliśmy się ze służbą kolejową, aby nam dali jakiś pociąg do Kielc. W kolejnictwie był bałagan nie do opisania. Tego dnia o szóstej przed wieczorem zawiadowca kazał podstawić długi pociąg towarowy, wagony do przewożenia inwentarza. Pociąg miał z kilometr długości Zaczęła się szarża ludności w zajmowaniu miejsc. My ze Stachem trochę opóźniliśmy i już nie mogliśmy zająć miejsca w wagonie Nie było miejsc i na stopniach. Wywindowałem Stacha na dach wagonu i podałem mu nasze rzeczy. Niedługo potem przy pomocy podróżnych zostałem wciągnięty na dach wagonu. Pomagaliśmy dostawać się podróżnym na dach przy pomocy silnej linki, którą Stach pożyczył od podróżnego. Przeważnie dostawała się na dach ryzykancka młodzież. Wciągnęliśmy i kilka dziewczyn do siebie, które nie mając miejsca, nie miały wyboru. Kładła się prawie każda pomiędzy dwoma chłopcami na środku wagonu i chyba już się nie bały. Taki pomysł był dobry ze względów bezpieczeństwa, i z tych względów, że stulona trójka lepiej wytrzymywała zimne noce. A jechaliśmy tak trzy dni i trzy noce. Na zwrotnicach nasz transport stał całymi godzinami. Przy odjeździe Gołębiowska sowicie zaopatrzyła nas na drogę, ale nikt nie liczył podróży na 5, 6 dni, toteż nie mieliśmy co jeść. Poczęliśmy cierpieć głód. Prowadziliśmy handel. Za dwa krupony skóry nakupiłem chleba w Katowicach. Nie mieliśmy przecież żadnych pieniędzy. Czasem, jadąc nocą, można się było śmiać do rozpuku z ludzkiej biedy. Z dachu wagonu najgorzej było z potrzebami naturalnymi. Robiono do gazet i rzucano w pole, czy las, a jak przyszło sikać, to nie było wyjścia, trzeba było na tych, co stali na stopniach wagonu. Czasem się w nocy słyszało głos jakiejś starszej pani:

–Olaboga! Któż tam z góry na mnie leje?
–A to gdzież będę szczał, w powietrze? – odpowiadał zaspany głos.

Mimo biedy, cierpień, zimnych nocy i upalnych dni, każdy się cieszył, że jedzie do domu. Po pięciu dniach takiej podróży wysiedliśmy ze Stachem w Kielcach. Nie było żadnej komunikacji, a do domu miałem 35 kilometrów. Jeszcze do Radlina towarzyszył mi Stach. W Radlinie pożegnaliśmy się serdecznie ze Stachem. Udał się w kierunku Daleszyc.