„Bartek” i „Wiktor” szli jako szpica. „Wiktor” był pierwszy i już był na głównym trakcie Bodzentyn – Starachowice, a „Bartek” trochę z tyłu. Było to skrzyżowanie dróg. Gdy poznali Niemców i podnieśli broń do strzału, Niemcy nie czekali i strzelili do siebie, zdawałoby się, równocześnie z odległości nie więcej jak pięć metrów. Ja od nich byłem jakieś 15 metrów. „Wiktor” oddając strzał pobiegł na wprost. Zauważył, że „Bartek” skręcił na prawo, drogą i to go zgubiło. „Wiktor” widząc to po przebiegnięciu 20 metrów, chcąc osłaniać „Bartka”, zatrzymał się przy strachu na wróble w jęczmieniu Wiosły i oddał dwa strzały z kabeka, po czym odbezpieczył granat i rzucił w Niemców. Po wybuchu poderwał się i skokami uciekł na cmentarz w Tarczku. Tam wyszukał jakiś grobowiec, ukrył się. Przesiedział całą noc i cały dzień. Drugiego wieczoru dopiero, po rozejrzeniu się, że jest spokojnie, bo prawie do południa myszkowali Niemcy. Byli i na cmentarzu, ale przecież wszędzie nie sprawdzą, i Wiktora nie znaleźli. Choć młody, ale był to już doświadczony żołnierz. Drugiej nocy zameldował się w swoim oddziale „Osta”. Był zdrów, wyłącznie jednego palca u ręki, który urwała mu niemiecka kula w czasie zasadzki. Warto wspomnieć, że zajęcie stanowiska przy tym strachu na wróble, było udane i wspaniałe. Niemcy prawie do samego świtu strzelali do tego stracha, a on się tylko obracał i stał. Był taki podziurawiony kulami jak sito. Fahrtflucht – twardy partyzant był z tego stracha na wróble. „Bartek” nie miał szczęścia żyć. Kiedy oddał strzał jeden, ładując karabin – drugi, biegnąc drogą w kierunku Bodzentyna chciał dołączyć do nas, udając się poza budynki Czernikiewicza. Tymczasem na przeszkodzie ucieczki był płot, który chciał przeskoczyć. Wskoczył na płot, na którym trafiły go niemieckie kule rażąc śmiertelnie. Błyski strzałów i rakiet zamieniły się w zapadającą noc w oczach „Bartka”. Osunął się z płota i padł na wznak. Rano kopały go niemieckie buty, dopełniając ofiary poświęcenia, poniżenia, godności człowieka, a to wszystko za wolność ojczyzny. Kazali go Niemcy pochować chłopom. Wykopano dół koło cmentarza w Tarczku i tam spoczął „Bartek” Charabin po dwudniowej służbie w oddziale „Jacka”, w wieku 18 lat. W czasie obławy na partyzantów poległ jeszcze gospodarz z Tarczku Jurek Władysław „Inwalida”. Rzucił się do ucieczki, gdy Niemcy otaczali jego zabudowania.

Trzeciego dnia po zasadzce w Tarczku łącznik ze Starachowic przyniósł wiadomość do dowództwa naszych oddziałów, że pracujący w szpitalu w Starachowicach widzieli, jak po zasadzce w Tarczku o świcie przyszedł samochód do szpitala. Na pierwszych trzech ławkach leżało dwóch Niemców zabitych, przykrytych plandeką, a trzech przywieziono rannych, których wnoszono do szpitala. Ta wiadomość od samych Niemców, że spotkali się z bandytami z lasu w Tarczku, dawała nam satysfakcję, że to nie nasza całkowita klęska.