Aby mocno przypomnieć te chwile, scharakteryzuję jedną z niedziel karnawałowych, kiedy w naszym domu odbyła się taneczna zabawa. Moją dziewczyną była Jolanta Grylewska–Worobeć. Przyjaźń nasza powstała z przyczyny jej matki i mojej matki. Na rynku przy sprzedaży produktów rolnych w Starachowicach kapusty, ziemniaków, owoców i grochu zapoznaliśmy Grylewską, matkę Jolanty i Irmy, dwóch jej córek, jedna w wieku 18 lat, druga 20 lat. Kiedy moja mama sprzedała jej te produkty rolne, musiałem to wszystko do mieszkania i piwnicy Grylewskiej odwieźć. Po złożeniu tego wszystkiego na Pasternaku, koło upustu w Starachowicach, zostałem zaproszony do mieszkania. Poczęstowano mnie gorącą herbatką. Wszczęła się rozmowa pomiędzy nami. Widać nie byłem tak ostatni, że podobałem się dziewczynom z miasta. Ciekawiły mnie krepy na ich odzieży. Zapytałem, kogo bliskiego straciły z rodziny. Okazała się najboleśniejsza strata, bo ich ojciec – inżynier mechanik z zawodu, a z wojska w randze kapitana – został aresztowany i zamordowany w Oświęcimiu. Po miesiącu aresztowania przyszła wiadomość, że mąż zmarł na skręt kiszek w dniu 20 XI 1941 r. W szpitalu koło Krakowa. Po takim oświadczeniu mi przez Grylewską, zakipiała we mnie krew. Mocno ubolewałem nad stratą ich ojca i męża. Począłem wygadywać na Niemców. Ze łzami w oczach dziękowały mi za współczucie. Przyrzekłem na głos, że wkrótce pomszczę krew ich ojca i wielu innych pomordowanych, i bliskich. Nie sam, ale z wielu innymi, że chwila już niedaleka. Zmiarkowałem, że dużo powiedziałem obcym ludziom, ale gdy popatrzyłem im w oczy, z oczu nie patrzyło im źle. Od tej chwili zawarliśmy przyjaźń. Mój brat Jaś ps. „Tomek”, kiedy zawiózł znowu produkty żywnościowe Grylewskim, przywiózł obie urodziwe panny na zabawę. Był 31 grudnia 1942 r. Od tamtej chwili upłynęło więcej niż rok. Moja siostra Marysia przebywała tam w szpitalu po ciężkiej operacji zakażenia w nodze i otrzymała dużą pomoc od Grylewskich, a nawet dwa tygodnie przebywała tam u nich i chodziła na opatrunki. Zbliżeni byliśmy bardzo. Potem w czasie moich walk w partyzantce stena, a później bertmana chrzciłem imieniem Jola. Charakterystyczny był ten sylwester, kiedy to już zaczął panować pluton egzekucyjny Alberta Schustera, a my urządziliśmy zabawę. Grali świetni muzykanci, nasi koledzy: Stefan Śniegucki, Jarosz Piotrek i Zięba Edek. W tańcach były żywe oberki i poleczki, ale dominowały tanga i walczyki. Ulubionym tańcem, który kilkakrotnie się tego wieczoru powtórzył było tango Ta ostatnia niedziela. Przy kolacji i życzeniach nie było żadnych tajemnic. Nic dziwnego, bo udział brali zakonspirowani chłopcy i zakonspirowane dziewczyny w BCh. Rozpoczęliśmy nowy rok 1943 znowu tangiem Ta ostatnia niedziela…więc nie żałuj jej dla mnie, spojrzyj czulej dziś na mnie ostatni raz.

I rzeczywiście spoglądały dziewczyny na swych ulubieńców jakoś czulej, jakoś inaczej. Niektóre młode serce powiedziało młodemu sercu, że to ostatni raz. Ja później przeszedłem masę akcji z wrogiem, gehennę wojny i kiedy tylko wspomniałem ten taniec z tym tangiem Ta ostatnia niedziela, zdawało mi się, że to był taniec śmierci, że po wojnie, gdyby tak przyszło stanąć wszystkim, brakowałoby 8 tancerzy. I wtedy w czasie tej naszej zabawy, choć blady świt zaglądał do okien, w naszym mieszkaniu brzmiało tango z ogromną siłą kapeli ludowej, przy akompaniamencie wszystkich dobranych głosów. Ta ostatnia niedziela, więc nie żałuj jej dla mnie…