Był rok 1939, któraś z pierwszych niedziel czerwca. Najętą furmanką przez Urząd Gminy w Tarczku pojechała delegacja naszego koła ZMW RP “Wici” na zlot do Kielc. Zebraniu przewodniczył Stefan Ignar z ramienia Naczelnego Zarządu. Tak wielki niespotykany gratis w formie podwody wyrobił nam nasz sołtys wsi Tarczek Stanisław Kita. Z przygodami to była podróż. Wyjechaliśmy wcześnie rano o godzinie czwartej, za cztery godziny przyjechaliśmy 36 km. Na godzinę ósmą byliśmy w Kielcach. Pojechało nas 8 osób: 4 dziewczyny i 4 chłopców. Ja z Ignacem Latałą, jako prowodyrzy. Na tym zjeździe były koleżanki: Janina Lipowska, Wanda Sitek, Genowefa Wojteczek, Zofia Basa. Z kolegów byli: Ignacy Latała, Bolesław Wojteczek, Adolf Gałębski i ja M.B. Furmanił pięknymi swoimi końmi Jan Sitek z Grabkowa, mój wujek.

Jedyny punkt zjazdu to nieunikniona wojna z Niemcami. W dyskusji występowali różni koledzy i koleżanki. Zapalne ich przemówienia były pełne patriotyzmu i ducha walki. Nikt z nas nie poruszał wiekowych krzywd wyrządzanych nam chłopom przez inne wyższe stany. Honorem naszym była ojczyzna i walka z odwiecznym wrogiem krzyżackim, który lada dzień uderzy na nas, aby zagarnąć naszą ziemię i wolność. Wara od naszych ziem! Nie damy nie tylko “korytarza gdańskiego”, ale jak powiedział nasz wódz Rydz–Śmigły, ani jednego guzika od płaszcza. Czy taka będzie wojna, czy inna, czy długa, czy krótka, wierzymy w nasze zwycięstwo, w brawurę polskiego żołnierza, którego my wiciarze będziemy przykładem. Będziemy się bić do ostatniej kropli krwi i tchu w piersiach, bo po tej wojnie doczekamy się wolnej i sprawiedliwej ojczyzny, w której już nie będzie panów, książąt i magnatów, tylko będą obywatele i koledzy. Porwało i mnie, w dyskusji zabrałem głos. Mówiłem tylko o zwycięstwie. Zwróciłem się do koleżanek z apelem i słowami:

–Kiedy my, młodzież męska będziemy toczyć boje z wrogiem, kiedy wojna pociągnie się dłużej, pamiętajcie koleżanki, że w waszych rękach pozostawiamy pługi i wszelkie warsztaty pracy na roli. Wy równo z nami będziecie walczyć, aby nie zabrakło nam chleba i żywności na froncie.

Podniecenie było ogromne. Cudnie mówił Stefan Ignar, Józef Ozga–Michalski. Byli i tacy, co ostrzegali przed potęgą i wojskiem dobrze przygotowanym do wojny przez Hitlera. Nikt nie wierzył z nas, że my Hitlera nie pobijemy.

Po burzliwym zjeździe całego województwa, który przeciągnął się do godzin wieczornych, wracaliśmy do domów furmanką. W czasie żniw nasze wiciarki uczyły się rolnictwa, aby być samodzielne.

Problemy sporne pomiędzy Polską a hitlerowskimi Niemcami wciąż narastały. Był pewien moment odprężenia, kiedy Hitler zajmował Czechosłowację, nasze polskie wojska zajęły Zaolzie w 1938 roku. Nie podobało się to wielu polskim patriotom, a także nam, wiciarzom. W drugiej połowie sierpnia 1939 roku została ogłoszona mobilizacja. Poszło wielu mężczyzn do wojska, ale zostało jeszcze dwie tury poborowych. Jedni, co mieli książeczki wojskowe z czerwonymi przepaskami mieli iść następną turą, a po nich dopiero ci, co mają książeczki wojskowe z niebieskimi przepaskami. Ja miałem książeczkę wojskową z niebieską przepaską. Otrzymałem wezwanie do stawienia się w 8 Pułku Ułanów Śląskich w Tarnowskich Górach na 8 września 1939 roku, celem odbycia ćwiczeń wojskowych rezerwy. Choć rwałem się do szeregów, mój los został odsunięty dalej.

Był w naszej parafii Tarczku odpust na świętego Idziego w dniu pierwszego września – patrona naszego kościoła starożytnego w stylu romańskim, pobudowanego w 1060 roku przez Władysława Hermana. Że było to uroczyste parafialne święto, braliśmy udział w tym odpuście.

Było to jeszcze przed sumą, kiedy grono naszych kolegów wiciarzy zebranych koło organistówki robiło układy o możliwe spędzenie święta. Robiono różne propozycje, kiedy z plebani od naszego ks. Stanisława Sowińskiego nadbiegł kościelny Franciszek Marzec i ogłosił nam nadzwyczajną wiadomość:

–Była godzina jedenasta przed południem. Słuchałem z księdzem komunikatu radiowego: „Dziś o godzinie czwartej rano hitlerowskie hordy całą nawałą uderzyły na Polskę. Zbombardowano wiele osiedli, węzłów kolejowych, obiektów wojskowych. Są zabici i ranni. Nasze wojska stawiają zacięty opór.

A więc wojna! Wszystkich nas podnieciła tak ta wiadomość, że tylko myśleliśmy o wojnie, jaka ona będzie i czy wkrótce nas powołają na front. Odbyła się suma odprawiona na intencję zwycięstwa naszych armii i zachowania nas od głodu, ognia i wojny. Ks. Sowiński miał kazanie. Był to świetny kaznodzieja z sercem Polaka.

–Dziś o godzinie czwartej rano wybuchła wojna i napadł na nas odwieczny wróg. Nie widząc rychłego zwycięstwa, przygotowuję was do cierpień, które teraz musimy przenieść – zaczął mówić. – Hordy hitlerowskie napadły na Polskę. Ginąć będą ludzie, a w tym nasi najbliżsi.

W kościele powstał jeden lament kobiet. Od tego dnia dzień za dniem odbieraliśmy nowe wiadomości z radia, które zawsze mówiło o dobrej sytuacji na froncie. Co trochę na nieboskłonie ukazywały się eskadry bombowców z czarnymi krzyżami i waliły bomby na stacje kolejowe. W Starachowicach nie dokonano nalotu i nie zbito stacji i fabryki amunicji, bo w obronie była bateria artylerii 75 mm. Bili z zenitówek 75mm, tak aż kiełbaski pocisków krzyżowały się nad bombowcami. W czasie obrony, która trwała pięć dni, utrącili 2 samoloty niemieckie. Ja drugiego dnia, zawiadomiony przez bratową Marysię z Jędrzejczyków, pojechałem do Skarżyska po rzeczy brata i bratowej. Brat tam pracował w fabryce amunicji. Miasto wyglądało od wczesnego rana jakieś wystraszone i puste. Spodziewano się w każdej chwili nalotu na stację kolejową oraz fabrykę broni i amunicji. Wczoraj przed wieczorem została zbita w drobiazgi stacja kolejowa Łączna. Zabrałem meble brata Stefana i jechałem przez miasto. Brat miał mnie dogonić na motocyklu, ale mu go zarekwirowano do celów wojennych. Na płotach, parkanach były plakaty polskiego żołnierza, który godził bagnetem w hitlerowskiego potwora i krzyczał „Wara!”. Brat już mnie nie dogonił, a skoro się tak stało, zawiozłem wszystkie rzeczy do rodzinnego domu bratowej Jędrzejczyka Władysława i Franciszka w Dąbrowie Skarbowej. Czwartego dnia byłem w Starachowicach. Po sprzedaniu warzyw, pomidorów i wczesnych owoców po prawie podwójnej cenie, co mnie bardzo dziwiło, wracając, zgodziłem się na furmankę i przewiozłem ze Starachowic do Słupi prawie cały sklep z futrami bogatego Żyda. Potem żałowałem, że się całą noc mordowałem, bo wypłacił mi za to dwiema parami skarpet i 50 zł.

Sprowokowano mnie jeszcze na furmankę do Ostrowca. Wiozłem cały Bank Wojewódzki w Kielcach. Wszystko uciekało za Wisłę. Wszędzie mówiono, że zbliżają się Niemcy. Wszystko wiało a ja nie uciekałem, bo nie wierzyłem w to, żeby Polacy mogli uciekać. Jednak kiedy wróciłem z Ostrowca, we wsi było już pusto. Wszystko nawiało. Wjechałem na podwórze w momencie, kiedy już wszystko było z zabudowań usunięte – żywy inwentarz i martwy. Umęczona matka ciągnęła jeszcze krosna, tj. Warsztat tkacki do samodziału. Kiedy mnie zobaczyła, zadziwiła się po co wróciłem.

Niemcy już w Krajnie i wszystkich młodych zabijają.

To chyba nieprawda, mamo.

Dałem koniom obrok. Przybiegł mały chłopiec Pytla, że u nich są polscy żołnierze.

Ja przecież jak baranek nie będę, mamo, czekał na Niemców. Wezmę broń i będę się bił z Niemcami.

Wstrzymywany przez matkę dogoniłem polskich żołnierzy w sadzie u sąsiada Wojteczka. Udałem się do najstarszego z nich, sierżanta. Było ich dwudziestu. Zameldowałem się i poprosiłem, abym poszedł z nimi, bo jestem szkolonym żołnierzem. Pokazałem na wezwanie książeczkę wojskową z ćwiczeń rezerwy. Sierżant obejrzał, oddał mi i powiedział, że mnie nie przyjmie, wszak sami po bitwie pod Krajnem są w demobilizacji, nikt z bagnetem i granatem nie będzie szedł na czołgi. Sami już nie posiadają amunicji i środków do walki.

Zostałem w domu. Biegałem jak zwariowany. Chyba szukałem śmierci tego dnia, która mnie jakoś ominęła. Po odejściu żołnierzy pobiegłem w kierunku zbliżających się Niemców, do Bodzentyna. Na łąkach pod Bodzentynem spotkałem Józefa Kozła. Uciekał z Psar i mówił, że już w Świętej Katarzynie Niemcy. Znów nie wierzyłem, że tak może być. W Bodzentynie po rynku kręciło się trochę ludzi. Byli dobrej myśli. Zeszliśmy się w gospodzie u Bielawskiej i słuchamy głośnika radiowego: „Niemcy odparci na linii Częstochowa. Nasze siły polskie przystępują do kontrnatarcia.” w tym czasie wbiega jakiś chłopiec podlotek i krzyczy:

–Niemcy całą kolumną jadą, już są w Bodzentynie na dole przy stawie.

Po tym krzyku wszyscy się rozbiegli i uwierzyli, że Polskie Rado mówi nieprawdę. Ja jednak nie uwierzyłem. To chyba przerzut jakiejś naszej dywizji zmotoryzowanej. Wybiegłem od Zamczyska i stanąłem za jednym z domów. Jechali w hełmach, byli niedaleko, nie spostrzegłem swastyki.

–Panie, jakie to wojsko? – zapytałem z daleka.

Dwaj Germańcy krzyknęli po niemiecku:

–Polnischer Diversant i podnieśli empiki do strzału skierowane we mnie. W moment padłem na ziemię. Serie poszły w próżnię. Kiedy zgasili motocykle i przystanęli, ja już przetoczyłem się w rozdół. Chcieli mnie zmieść z nóg, kiedy zacząłem wiać koło rzeki. Stanęły i inne pojazdy. Teraz zaczęła się pukanina i świstanina pocisków koło mnie. Padałem, podrywałem się, znów biegłem, aż im znikłem z oczu. To było jedyne zatrzymanie Niemców przy zdobywaniu Bodzentyna. Wkrótce znalazłem się w pasiece koło młyna Maciejskiego. Trochę zatrzymali się w Bodzentynie. Wybiegłem na łąki i łąkami począłem biec w kierunku domu. Kiedy ruszyła znowu kolumna samochodów, minęli cegielnię i poczęli równać się ze mną, ja wtedy pospieszyłem. Znowu z odległości 600 metrów otrzymałem kilka serii, które niżej, wyżej, z boku darły darń, jednak mnie nie trafiły. Zwolniłem kroku, a nawet przystanąłem, wtedy przestali do mnie strzelać. Szczęśliwie doszedłem do domu, patrząc wciąż na niekończący się rząd sunących drogą traktową samochodów. Jechały może ze dwie godziny w trzech odstępach. Naliczyłem ze trzy dywizje Niemców. Nie mogłem sobie wyobrazić, że tak łatwo zdobywa się Polskę, a przecież mieliśmy walczyć o każdą piędź ziemi, ani jednego guzika nie dać od płaszcza, a tak dawaliśmy szybko wszystko.

Pod Starachowicami koło mostu poległ jeden Niemiec i kilku było rannych. Artyleria nasza ostrzelała jadące kolumny, nie wyrządzając większych strat. Wyjechała pod Iłżę. Tam przygotowano bitwę. Bitwa pod Iłżą, trwająca dwa dni, nie przyniosła zwycięstwa. Brak było dobrego dowództwa, bo mając takie siły choćby „Hubal”, „Ponury”, czy później „Szary” w tych lasach, Niemców byłby wykiwał. Mieliśmy wielkich i ważnych generałów, lecz nie byliśmy przygotowani, aby się w walce przeciwstawić.