Tymczasem jeszcze bardziej wzmógł się terror hitlerowskiej zagłady. Morzeni głodem, gnębieni Żydzi w gettach poczęli być zabierani do obozów zagłady na wyniszczenie. Pamiętam, przyszedł ten straszny dzień na Żydów w Bodzentynie. W pierwszych dniach lipca 1942 roku niemieccy żandarmi z Schutzpolizei i SS z Kielc oraz Radomia bili i wyganiali wszystką ludność żydowską na rynki miast. Był jeden krzyk i płacz. Ja patrzyłem na to z daleka, a później boczną drogą nad rowem udałem się do tartaku Szumielewicza w Psarach, za Bodzentynem. Stamtąd z odległości kilometra patrzyłem, po dwóch godzinach czekania, jak gnano wszystkich Żydów szosą do Suchedniowa. Gęsto obstawieni strażami Niemców, w zbitej kolumnie, popędzani batami i kolbami karabinów szli na śmierć. Zbici w kupy jak stada wystraszonych owiec lub kóz i kozłów. Wiatr powiewał ich długimi brodami, chałatami i chustkami Żydówek, niosących na plecach tobołki lub małe swoje dzieci. Dla chorych były furmanki. Załadowani do wagonów pulmanowskich w Suchedniowie wyjechali do któregoś z obozów zagłady. Zawsze przed tym, gdy się spotkali z nami, wiedzieli, co ich czeka. Mówili nam: „No, my dla Hitlera na śniadanie, a wy będziecie na obiad.” Kiedy wracałem po tym wszystkim, zaciskałem zęby i powtarzałem w myślach: „Wszystko jedno, co nas Polaków czeka, bylebyśmy nie ginęli jak niewinne baranki ale w walce, ale z bronią w ręku.