Był czas badań Polaków schwytanych
Przez gestapo w kieleckim więzieniu,
Kiedy praca oprawców pijanych
Nie ustawa w torturach,
W więźniów umęczeniu.

Wezwano Mariasza,
Zaraz psim wzrokiem ruch jego śledzili,
Był spokojny, trzymał się mężnie,
Choć wczoraj ranu jego rozkrwawiły.
Wyrzekł w myśli :
„Boże, bądź litością i Ave Polonia".

Był gotowy do dalszej rozprawy
Zdało mu się, że naród walczący
Prosi z bólem, by nie zdradzał sprawy,
Choć huczał nad nim krzyk ostry, wyjący.
Tłumacz powtarzał, by mówił o bratach,
„Kto jest komendant? Kto knuł o wolność?"
Wzrok jego spoczął wysoko na kratach
I modlił się : „Daj siły, Boże, z wysokości".

Gdy krzyczano, słowo „nie wiem" tylko padło,
Milczał uparcie. Skuli go siepacze.
Z rąk katowskich sto nań batów spadło,
„To za mało", rzekł sędzia, „sto kijów wyznaczę".

I wzięto go do kaźni i bito go w rany,
Krwi strugi po plecach spływały…
A on w oczach miał naród i oddział kochany
I uparcie wciąż milczał, jakby skamieniały.

Teraz krew płynie z głowy i z ramienia,
Szarpano na nim na kawałki ciało,
Nieczuły był i milczał, jakby był z kamienia,
Wszak po żołniersku, tak robić przystało.

Gdy go ułożono w ciemnej, zimnej celi,
Gdzie zaduch i trupia zgnilizna,
To pomyślał: „tak co dzień bić mieli,
Lecz inaczej nie można, tak każe Ojczyzna".

Ból, pragnienie, piekły świeże rany,
A wciąż milczał, jakby był z kamienia,
Słaby, zbity, jak łach krwią oblany,
Mały – wobec wielkiego cierpienia.

Nic więc teraz zrobić nie zostało,
Jak skrócić życie, by skończyć męczarnie.
Na nie strzaskanej ręce dźwigał swoje ciało,
O mur bił głową, i tak skończył marnie.

Nazajutrz, gdy opryszki znów do celi wpadli,
Aby chwycić ofiarę na nowe męczarnie,
Ciało partyzanta już tylko zastali,
Który zamilkł na zawsze, jakby był z kamienia.

1943