Był to dzień wielki, bóg usiadł na tronie.
Tron złotolity stał na chmurze białej.
Pan był w purpurze i złotej koronie,
A trąby grały hen po Polsce całej.
I od Łysicy do Świętego Krzyża,
I od Bukowej biły twardo gromy,
A Pan Bóg z tronem się zniżał i zniżał,
Aż zasiadł w puszczy między pnie i złomy.
I w te do Niemców odezwał się w słowa:
­– Drzemałe sobie za chmury zasłoną,
Gdyście rzucili się jak wilcza sfora,
Pożarli kraje, których ja obroną,
Moja opatrzność, moja tylko wiara.
Narzuciliście im psie obyczaje,
I swe porządki, bierz was diabli za to!
Wam było mało zdobyć cudze kraje,
Chcieliście wszystkich wymęczyć za kratą?
O zły narodzie! Zemsta was nie ominie,
Bo marnie będzie z wami sukinsyny!
Który najgorszy, jak pies marnie zginie!
Żaden nie ujdzie z życiem z tej krainy. –
Padł postrach blady na żandarmów gęby,
Lecz jeszcze łudzą się: Może to strachy? –
Więc ten i tamten suszą sobie zęby
I powiadają: – Ot, strachy na lachy. –
Lecz dość miał Pan Bóg tej germańskiej pychy,
Aby im skrócić niecnych zysków czasy
Stworzył z chłopaków wychudłych i lichych
Huf partyzancki i posłał go w lasy.
A dbał o to, by Jego żołnierzom
Nie brakło nigdy powietrza i wody,
Żywić ich kazał wszystkim leśnym zwierzom
I wszystko, co mógł, dał im do wygody.
Dał im więc góry i leśne bezdroża,
By się zagrzali w czas zimy w pochodzie,
I oko świętej opatrzności Bożej
Czuwało, aby nie byli o głodzie.
I chciał, by w boju byli jak z granitu,
Byli zawzięci i wściekle zuchwali,
Aby odwagą doszli do zenitu
I nieugięci byli jak słup stali.

Od gór Łysicy ponad inne lasy
Pan światła wici posłał aniołami,
Aby już skończyć te zbójeckie czasy,
Bić każdy ruszył za tymi wiciami.
I kark germański zgiął się pod ciosami.
Naród słowiański już tak rozzłoszczony
Gromił bez przerwy, a za żołnierzami
Zdobyły wolność ludzi milijony.
Gdy bestia padła już w samym Berlinie,
Pan z tronem razem uniósł się nad chmury,
– Pycha germańska, złość, podłość niech zginie! –
Grzmiał Pan ze szczytu Świętokrzyskiej góry.

1943